Déry Tibor: Niki (Niki in Polish)

Portre of Déry Tibor

Niki (Hungarian)


A kutyák életében a jó gazda helyettesít apát, anyát. Vannak persze, akik szolgasorban tarják fogadott gyermekeiket, s gonosz mostoha módjára óriási értéktöbbletet sajtolnak ki belőlük, például fizetségképp házőrző s egyéb munkájukért mosogatólén tartják őket, mert még a száraz kenyérhéjat is sajnálják tőlük, inkább a hízónak adják. Az ilyeneket mindig habozó s bizonytalan véleményünk szerint intézményesen, börtönbüntetés terhe mellett el kellene tiltani mindenféle állattartástól, a sertését is beleértve. Az emberiség szégyene ők, a tisztesség számkivetettjei, csúfság az értelmen, betegség a társadalom testén. Ha az államnak több pénze volna, elmegyógyintézetben kellene őket ápolni.
Nikinek azonban, úgy látszik, jó gazdái voltak, mert segítségért őhozzájuk fordult. Segítségért? Vagy csak szeretetért? Naponta fokozódó gyöngédsége természetes szükségletből fakadt-e s nem kívánt ellenszolgáltatást? Testi nyomorúságáért, mellyel a hosszú téli tespedés sanyargatta, a lélekben keresett kárpótlást, mint a hosszú börtönbüntetésre ítélt rabok? Ismerjük az érzelmeknek azt a vad felburjánzását, amikor a lefojtott testi erő átszorul a lélekbe s ott keres munkát. Tény, hogy Niki e télen s az utána következő tavaszon szinte napról napra nagyobb ragaszkodást tanúsított gazdái iránt. Lépésről lépésre lehetett követni meghittségük növekedését, azoknak a bizonyos képzelt érzelmi szálaknak a vastagodását, melyektől a mérnök két évvel ezelőtt önállóságát féltette.
Különösképp a kutya vonzódásában a házaspár egyformán osztozott, noha az asszony adta neki az ételt s tízszer annyi időt töltött vele, mint az ura. Niki nem tett köztük különbséget, s úgy látszott, mintha együtt jobb szerette volna őket, mint külön-külön akár az egyiket, akár a másikat. Nem tudott betelni velük, úgy szívta jelenlétüket, mint a levegőt; sajnos, jóval kevesebb volt belőle. Ha a házaspár nagyritkán, egy-egy vasárnap együtt indult sétára, vagy le a rakpartra, vagy kivételesen hosszabb túrára, a tavaszi Margitszigetre vagy a budai Duna-partra, boldogságában nem fért a bőrébe. (Egy alkalommal villamoson, szájkosárral felszerelve a Hűvösvölgybe is kivitték.) Ilyenkor, ha a mérnök, aki hamarább készült el az asszonynál, előre lement a lépcsőn, a kutya vele szaladt, de már az első lépcsőfordulónál visszarohant a lakásba az asszonyhoz, s addig hívta ezt s tartóztatta fel útjában amazt, ide-oda táncolva lába előtt, míg végül is össze nem terelte őket. Útközben is, ha az egyik lemaradt a másik mellől – többnyire az asszony, aki meg-megállt s elnézegetett egy jelentéktelen virágot a fűben vagy egy motyogó öregembert egy padon – a kutya nyomban visszavágtatott érte, s addig nem nyugodott, míg ismét egymás mellett nem látta Ancsáékat. Olyan feltűnő volt ez az igyekezete, hogy összehozza azt, ami egymáshoz tartozik s hogy a két tökéletlen részből egy egészet forrasszon össze, hogy a mérnök egy alkalommal kerítőnek nevezte, s hangosan, sokáig nevetett ezen a megjegyzésén, mialatt karjával gyöngéden átölelte öregedő felesége derekát.
Nem sok idővel a hűvösvölgyi kirándulás után, 1950 augusztusában Ancsát letartóztatták. Reggel elment hivatalába, de délben szokásától eltérően nem hívta fel feleségét, estére nem jött haza. A hivatalban semmit sem tudtak hollétéről, vidéki munkahelyén sem. Egy évig nem jött róla hír.



PublisherIkon Kiadó, Budapest
Source of the quotation57-58

Niki (Polish)


Niki: historia pewnego psa

Do matki również uciekamy wtedy, gdy coś nas w życiu trapi. Lecz błagamy ją wówczas nie tylko o pomoc. Łudzimy się - bo któż tego nie potrzebuje, wyjątek stanowią chyba tylko zawsze prostoduszny dostojnicy państwowi, dyplomaci i inni przedstawiciele narodu - że nic innego, jak czysta miłość prowadzi nas do matki, którą dotychczas krzywdząco zaniedbywaliśmy. Jeśli zawiedziemy się na sobie lub na ludziach, czyli w ogóle w życiu, czujemy od razu, że do tej pary nie kochaliśmy prawdziwie nikogo prócz matki i natychmiast wyruszamy do niej z pielgrzymką, aby zaniedbanie odrobić i upewnić ją o naszym uczuciu, pożywiając się jednocześnie jej miłością. Na szczęście zawsze możemy się do tego uciec.
Czy zwierzęta też postępują w ten sposób, nie wiadomo. Dopóki szczenię jest przy matce, zawsze śpieszy do niej w obliczu niebezpieczeństwa, ale czy jednocześnie odczuwa potrzebę przechytrzenia samego siebie? Czy zwierzę okłamuje siebie bądź inne zwierzęta? Trudne pytanie, powierzmy je może umysłom większym i bardziej wszechstronnym od naszych, na przykład mężom stanu, którzy już od urodzenia znają się znakomicie na wszystkim, niezawodni są nawet w dziedzinie psychologii.
Psom dobry pan zastępuje ojca i matkę. Są oczywiście i tacy, którzy przybrane dzieci traktują jak sługi i w podły sposób, po macoszemu wykorzystują je jak mogą. Jako zapłatę za pilnowanie domu i inne prace dają im tylko zlewki, załują nawet skórki od chleba, którą wolą raczej rzucić wieprzowi. Zastanawiamy się i wahamy, czy nie należałoby takim ludziom pod groźbą więzienia administracyjnie zabronić chowiania wszelkiego rodzaju zwierząt, nawet tuczników. Wyzuci z honoru, są tylko hańbą ludzkości, hańbą dla rozumu, chorobą toczącą społeczeństwo. Państwo powinno leczyć ich w zakładach psychiatrycznych; gdyby tylko miało więcej pieniędzy.
Niki miała z pewnością dobrych opiekunów, gdyż właśnie ich prosiła o pomoc. O pomoc? A może tylko o miłość? Może rosnąca z dnia na dzień subtel ność suki wypływała z naturalnej potrzeby i nie wymagała rekompensaty? Rekompensaty za utraconą podczas długiego zimowego zastoju kondycję. Może - jak skazani na długoletnie więzienie - oczekiwała w duchu epowetowania tego, co traci? Znamy ten stan, gdy gwałtowny przerost uczuć szuka ujścia w duszy. Tej zimy i wiosną Niki coraz bardziej przywiązywała się do Ancsów. Można było zauważyć ich rosnącą poufałość, silniejszą więź uczuciową, z której powodu inżynier dwa lata temu obawiał się o swoją niezależność.
Suka równomiernie dzieliła sympatię między boje małżonków, chociaż Ancsowa dawała jej jeść i spędzała z nią dziesięciokrotnie więcej czasu niż inżynier. Niki nie robiła jednak między nimi różnicy i bardziej lubiła ich razem niż oddzielnie, jedno czy drugie. Nie mogła się nimi nasycić, chłonęła ich obecność jak świeże powietrze; niestety, było jej tego o wiele za mało. Jeśli czasem; którejś niedzieli, małżonkowie wyruszali razem na spacer, nad brzeg Dunaju .czy wyjątkowo na dłuższą wiosenną wycieczkę na Wyspę Małgorzaty lub na budańską stronę, suka szalała ze szczęścia. (Pewnego razu Ancsowie założyli jej kaganiec i pojechali tramwajem aż do Hűvösvölgy.) Inżynier zazwyczaj ubierał się szybciej i schodził na dół razem z psem, ale Niki po przejściu paru stopni zawracała i pędziła na górę do Ancsowej. Wzywała ją tak długo - zbiegając jednocześnie co parę sekund do inżyniera, aby zatrzymać go nerwowym tańcem pod nogami - aż zobaczyła małżonków razem. Kiedy podczas śpacerów jedna z nich zostawało w tyle - najczęściej robiła to Ancsowa, przystając nad jakimś mało znanym kwiatem w trawie lub przy siedzącym na ławce starym człowieku - suka biegła z powrotem i nie uspokajała się dopóty, dopóki znów nie zobaczyła Ancsów obok siebie. Starania Niki o połączenie tego, co do siebie należy, o utworzenie calłości z dwóch oddzielnie niedoskonałych części tak rzucały się w oczy, że inżynier nazwał kiedyś sukę swatką i śmiejąc się głośna z tej uwagi delikatnie objął starzejącą się już żonę.
Wkrótce po tej wycieczce, w sierpniu 1950 roku, aresztowano Ancsę. Któregoś dnia wyszedł rano do pracy, lecz w południe nie zadzwonił do żony jak za zazwyczaj, wieczorem zaś w ogóle nie wrócił do domu. Ani w biurze w Peszcie, owi w Tiszanamény nie wiedziano, gdzie przebywa. Przez rok nie było o nim żadnych wiadomości.


PublisherWydawnictwo Literackie, Krakkó
Source of the quotation67-69

minimap