Dukaj, Jacek: Extensa (Extensa in Hungarian)

Portre of Dukaj, Jacek

Extensa (Polish)

(fragment)

Rżenie Robaka i dygot jego mięśni pod moimi udami, ostra woń zwierzęcego potu - gnałem już sam, oddzielony od reszty; czy koń poniósł, czy też to ja, ujeżdżony przez strach, wbiłem podświadomie ostrogi w boki wierzchowca, trudno rzec. Że bali się wszyscy - to jasne. Zanim nie zgubiłem ich w odmętach nocy, kłuły mi mózg - przez ucho wewnętrzne, bębenek i oponę - ich krzyki histeryczne, już na wpół ochrypłe. Ponad wyciem wichru, ponad kwikami zwierząt, ponad trzeszczeniem powietrza; ponad moim własnym oddechem. Co charakterystyczne, dzieci milczały. Daniel klął gromko. Ojciec wrzeszczał niezrozumiale, strzelając z bata i szarpiąc lejcami; odpowiadali mu przerażonymi okrzykami pozostali woźnice. Larysa zaś nawoływała mnie, do końca słyszałem przez ciemność swoje imię. Potem już tylko rżenie Robaka. Dygot jego mięśni, gdy sam dygocę w siodle - a z nocy wychyla się ku mnie kolejny Potwór.


Czy mimo woli wjechaliśmy w strefę horroru, czy też specjalnie sięgnięto ku nam? Zaczęło się od dziwnego, srebrnego połysku trawy i twardego chrzęstu, z jakim miażdżyły ją kopyta i koła. Potem poczuliśmy to w oddechu; ktoś się rozkaszlał i Daniel z miejsca podniósł się w strzemionach i zamachał na ojca, który prowadził pierwszy wóz: - Wstecz! Zawracamy! - Karawana zaczęła zataczać ciasny okrąg. Wtedy zobaczyliśmy tego ptaka. Spikował nad nas, by zaraz wzbić się na dwadzieścia metrów, gdzie chwilę krążył; ptak morski, mewa lub albatros. Pikując ponownie, rozmnożył się w powietrzu na pięć - ptak, ptak, ptak, ptak i ptak - i było już jasne, iż znajdujemy się pod Klątwą. Daria złapała za karabin, poczęła do nich strzelać, przeładowując pospiesznie. Nim Daniel ją powstrzymał, strąciła dwa albatrosy. Podjechałem do najbliższego. Bez pochodni nie widziałem wyraźnie. Spadł na żwir. Trzepotał się tam w ciszy, nie krwawiąc i nie gubiąc piór. Był wielkości tego pierwszego, “oryginalnego” albatrosa, co wydało mi się czemuś absurdalne. - Zostaw! - krzyknął ktoś na mnie, bo mimowolnie pochylałem się głęboko w siodle. Obejrzałem się na krzyczącego i kiedy wróciłem spojrzeniem do ptaka... Cóż, albatrosa już tam nie było, była dziura w ziemi, czarny lej w połaci żwiru, skąd jął wydobywać się gryzący dym. Szarpnąłem Robaka wstecz. Łłubum, łłubum, łłubummmm - policzyłem, zapatrzony, trzy uderzenia serca, po czym z leja rzygnęło ohydą. Musiały to być zwierzęta, skoro tak szybko się poruszały, jednakowoż wszelkie braterstwo formy ze znaną mi fauną Kraju pozostawało kwestią surrealistycznych skojarzeń. Drobne jak mrówki, wielkie jak pies; z nogami i bez nóg; z głową i bez głowy (albo z więcej niż jedną); w futrze, w skórze, w śluzie, w piórach, w błonach kolorowych; ciche i skrzeczące, piszczące, wyjące, śpiewające, mówiące (“Ja, ja, ja, ja! Wi-wi-wi-wi-kooo!”); idą, pełzną, skaczą, fruną. A nie ma dwóch takich samych. Motylowaty krokodylek podleciał i ugryzł Robaka w nogę. Koń zakwiczał przeszywająco, wierzgając w bok. Tak zaczęła się panika. - Dalej! - wołał ojciec, strzelając z bata. Przeładowane wozy toczyły się ślamazarnie. Za nami, z ciemności, z ziemi, wychodziły kohorty za kohortami. - Dalej! - powtórzył i rozkaszlał się. Widziałem, jak Larysa przesuwa przed twarzą urękawiczoną dłonią i zbiera coś z powietrza. Spojrzeliśmy na siebie. - Babie lato - powiedziała, uśmiechając się lekko, po dziecinnemu. Nasze konie odskoczyły od siebie w zamieszaniu, depcząc po dywanie z Potworów. Daniel zaczął kląć pełnym głosem. Spojrzałem. Ziemia ruszała się już ze wszystkich stron; byliśmy otoczeni. Zaczął wzmagać się wiatr, coraz silniej smagając twarz, drażniąc skórę. Coś opadło mi miękko na głowę; wciągnąłem powietrze i wepchnęło mi się do gardła. Zdarłem z siebie połyskliwy welon. Robak drżał pode mną i rzucał łbem. Jakaś kobieta zaczęła płakać. Coś żywego osiadło mi na ramieniu. Ktoś zaczął strzelać; spojrzałem w kierunku huku - ale tam była już tylko ciemność, pożarła dwa ostatnie w karawanie wozy, ciężka masa mroku, noc jak puchnący kamień. To chyba wówczas ścisnąłem Robaka piętami. Jedna była myśl: koń szybszy od wozu, koń szybszy od nocy.



I tak pogalopowałem przed siebie, na oślep.

Nie wiedziałem, że Robak krwawi, że się wykrwawia. Czy zachowałbym się inaczej, gdybym wiedział? Chyba nie; na pewno nie. Poganiałbym go tak samo. Strach śmiertelny to jest stan fizjologiczny, można go rozpoznać między innymi po smaku w ustach - trochę żelazisty, trochę gorzkawy; nieuniknione jest także pewne cierpnienie podniebienia i drętwota języka. Rządzi ciało.

Nie wiedziałem, że krwawi, i kiedy się przewrócił, byłem przekonany, iż dopadł nas jakiś wyjątkowo wściekły Potwór. Zdążyłem wyrzucić stopy ze strzemion i zeskoczyć; nie połamałem nóg, lecz kompletnie straciłem orientację. Mrok był nieprzenikniony. Wylądowałem w błocie i momentalnie ucieszyłem się, iż jest to błoto, a nie rój pandemoniczny, tym straszniejszy, że zupełnie niewidoczny w tych egipskich ciemnościach.

Było o strachu, teraz będzie o odwadze. Otóż przekonany, iż tam właśnie ucztuje na Robaku monstrum jakieś piekielne, podszedłem jednak ku zwierzęciu, z nożem w garści podkradłem się ku miejscu, skąd dochodziło przeciągłe rzężenie. Szczerze mówiąc, motywację stanowiła raczej histeryczna potrzeba uzbrojenia się, choćby czysto symbolicznego, w sztucer zawieszony przy siodle. (Prawdą jest, co powiadają: to strach pcha nas do czynów heroicznych). Niemniej była to czysta odwaga; wiem, mimo że nie posiada smaku.

Co dalej? Ściągnąwszy rękawiczki, wymacałem, z sercem w gardle, sztucer; potem znalazłem łeb Robaka i dobiłem go strzałem z przyłożenia. Wciąż nic się we mnie nie wgryzało - i tak oto strach napędzał mnie do coraz większego ryzyka. Zacząłem mianowicie grzebać mozolnie w jukach. Zauważyłem, że wiatr mocno przycichł; rozglądając się bezmyślnie, gdy ręce pracowały samodzielnie, dostrzegłem w ciemności kilkadziesiąt mrugających szybko iskierek: nie przesłonięty fragment nocnego nieba. To będzie mój drogowskaz. Zapalę pochodnię. Przynajmniej będę widział, po czym stąpam. Mam broń. Uda mi się. Tamto zostało daleko za mną. Larysa na pewno uciekła na Ogniu. (O ojcu nie pomyślałem: było dla mnie oczywiste, iż nic mu się nie może stać). Będzie dobrze.

Zapaliłem pochodnię, wstałem - i zobaczyłem, że pożarło mi już całe lewe ramię, wpełza na bark.

Było koloru srebrno-niebieskiego; w migotliwym świetle pochodni połyskiwało mokro. Pokrywało rękawy koszuli i kurtki, dłoń, paznokcie. Nic nie czułem na skórze - ale musiało być grube na cal. Gapiłem się w bezruchu, fascynacja granicząca z katatonią. Płomień skwierczał nad moją głową. Noc pulsowała echami odległych kakofonii. Jak rzeczna fala, jak język węża, jak cień o zmierzchu - przesuwało się powoli, nieśmiało. Dotknęło mej szyi. Wzdrygnąłem się mimowolnie, i ten dreszcz nareszcie zdjął ze mnie czar.


Zdarłem kurtkę i koszulę. Pod nimi ciało wolne było od srebrnej pleśni, prócz kilku jej cienkich żył. Zacząłem ścierać z siebie zarazę, najpierw trąc o spodnie, potem, przełożywszy pochodnię do lewej ręki, skrobiąc nożem. Długo to trwało; w końcu, o ile mogłem to ocenić bez lustra, uwolniłem się od narośli. Skóra była czerwona, wyraźnie podrażniona - od tej narośli, od noża, może od jednego i drugiego.


Skażone ubranie postanowiłem zostawić. Podniósłszy sztucer, ruszyłem w drogę.

Dwa tysiące kroków dalej spostrzegłem srebro na obu nogawkach.

*

Wyobrażam sobie, jakie to na nim zrobiło wrażenie. Zresztą opowiadał mi potem.

Nie spał, nie obudziłem go. Usłyszał z piętra walenie w drzwi. Otworzył w jednym z tych swoich szlafroków; wokół nóg plątały mu się długie poły, musiał je nieustannie podciągać, by nie nadepnąć.

Otworzył drzwi i aż się cofnął o krok. W progu stał goły wariat, cały w błocie; w jednej ręce - strzelba, w drugiej - brudny nóż; w oczach - histeria. Spod błota wyzierały czerwone pręgi nacięć. Wymachiwał tym nożem, jakby przymierzając się do kolejnego samookaleczenia, i dyszał przez zaciśnięte zęby.

- Wejdź, proszę - rzekł Mistrz Bartłomiej, zagarnąwszy szlafrok i usunąwszy się pod ścianę.

- Lustro! - zachrypiałem. - Gdzie są lustra?!

Wyjął z kieszeni i założył okulary, przyjrzał mi się uważnie. Potem wskazał otwartą dłonią w głąb korytarza. Rzuciłem się ku wejściu do najbliższego pomieszczenia.

- Gość w dom, Bóg w dom - mruknął Mistrz Bartłomiej za moimi plecami, zamykając drzwi.

Powiadają, iż najważniejsze jest pierwsze wrażenie; ale nie sądzę, by tak było w istocie.

Ja sam, gdy po raz pierwszy ujrzałem jego dom (Bartłomiej mówił: “dwór”), pomyślałem: kolejna ruina. Co prawda, widziałem zaledwie cień, zarys sylwetki na tle gwiazd. No i nie przyglądałem się długo - błysk światła w jednym z okien wystarczył. Światło! Ludzie! Ratunek! Umysł opanowany miałem jednym wyobrażeniem: że jestem pożerany. Do tego stopnia, iż chwilami obraz przesłaniał mi świat zewnętrzny, wygłuszał bodźce.

- ...Co mówiłeś?

- Wykąp się. Mówię: wykąp się. A przynajmniej obmyj jakoś. Roznosisz mi to błocko po wszystkich dywanach. Nie mam większych luster! Usiądź-żesz. A najlepiej się wykąp, tam jest łazienka.

- Mówiłeś coś?

Tak to musiało wyglądać - póki nie opadłem z sił. Wtedy zasnąłem mu w fotelu w salonie.

Salon na parterze dworu Bartłomieja stanowił jedyne pomieszczenie godne tej nazwy, jakie dane mi było ujrzeć poza kartami starych książek. Wszystko tu było zabytkowe, łącznie z tym fotelem, do którego przez noc przyschnąłem na amen. Stał tyłem do okien i kiedy się ocknąłem, ujrzałem muzeum czasów zakazanych, zatopione w poziomych strumieniach porannego światła. Mogłem policzyć te strumienie, dzielone futrynami, zasłonami, meblami. W kącie stał nawet telewizor, wielki, czarny, z mętnym ślepiem kineskopu wytrzeszczonym na jasny świat; odbiornik oczywiście nie działał. Gdzieś w budynku tykał głośno zegar. Poza tym panowała kompletna cisza. Syknąłem przeciągle, podnosząc się z fotela, skóra najwyraźniej odchodziła razem z błotem - ale nie pomogło, cisza watowała szczelnie cały dwór, nie odpowiedział ni dźwięk. Bartłomiej - śpi? poszedł gdzieś? Byłem sam.



Tak rozpocząłem zwiedzanie muzeum. Były tu rzeczy, które mieliśmy także u nas, tylko że tutaj znajdowało się ich więcej i w lepszym stanie, oryginalnych - był na przykład fortepian, prawdziwy skoliotyczny rekin salonów, lśniąco czarny, wielozębny, z uchyloną paszczęką. Przesunąłem dłonią po klawiszach, pozostawiając ślady skrzepłego błota - ale żadnych śladów w tej ciepłej, wełnistej ciszy, akord przebrzmiał, zanim jeszcze oderwałem dłoń. Były tu rzeczy, o których tylko czytałem lub słyszałem od starszych - przy klatce schodowej na piętrze stał oltymeon, półprzezroczysty, mieniący się wszystkimi barwami tęczy, od lewej do prawej, z formą dla przyciśnięcia ciała widoczną jako zapadlisko spektrum filtrowanego światła. Nie miałem czelności, by go dotknąć, nagle aż nazbyt świadomy skorupy brudu: co rekin, to nie anioł. I były rzeczy, których nazwy ni zastosowania nie znałem, być może dlatego, iż nie były to narzędzia użytkowe, lecz na przykład dzieła sztuki, pozbawione jakichkolwiek ukrytych funkcji; co prawda jedno nie musi wykluczać drugiego. (W sukurs idą słowniki: patrz pod “ergonomia”). Był taki pokój - na piętrze, w lewym skrzydle - którego podłogi nie krył dywan ani chodnik, lecz rodzaj elastycznej masy barwy popiołu. Masa pokrywała także ściany i sufit; nie było tu okien, jedynie drugie drzwi. Ledwo wszedłem, a stopy zapadły mi się prawie po kostki, pokój ożył. Z szarej masy poczęły wypuszczać się gibkie łodygi, wybiły w górę i w dół stalagmity i stalaktyty, w rogach jęły pęcznieć gruźlaste bulwy... Wycofałem się czym prędzej.



Zatem prawe skrzydło. Tu, przypomniałem sobie niejasno z nocy, otwierała się prawdziwa ruina. Ale najpierw natrafiłem na metalowe stopnie i wąską klatkę schodową, prowadzącą zarówno w dół, jak i w górę. Zdało mi się, iż z dołu dobiegają szepty - Bartłomiej z kimś rozmawia? Zszedłem zatem. Ale nie rozmawiał nikt i nie było w tych lochach żywej duszy.

Lochy - czy zstąpiłem na parter, czy też znajdowałem się już pod poziomem gruntu? Panował tu piwniczny chłód - i ciemność prawie zupełna, gdyby nie żółty blask bijący z niższych regionów, zza zakrętu, gdzie strop szedł nagle wzwyż, ściany na boki, i oto była jaskinia, nawa półokrągła, po części otoczona pierścieniem starych cegieł, po części - skalnym gruzowiskiem. Ba, nie tylko gruz skalny tam leżał, spiętrzony na dwa, trzy metry, dostrzegłem także fragmenty różnych sprzętów, szczątki jakichś urządzeń elektronicznych (rozpoznałem klawiaturę, obudowę wielkiego głośnika, radio), nawet książki - ale naprawdę patrzyłem przecież w stronę przeciwną, w światło.

Jeszcze jedno nieobjaśnialne dzieło sztuki? Tak pomyślałem, wszedłszy w jego blask. Oblał mnie miękką falą i prawie poczułem lepkie ciepło pod pancerzem brudu. Stałem tam prześwietlany powolnymi promieniami i gapiłem się na naścienną konstrukcję, gobelin ze szklanych rur wypełnionych płynnym światłem. Posiadało barwę młodego miodu, różniło się wszakże odcieniami w poszczególnych tulejach (jaśniejsze, ciemniejsze, ostrzejsze, łagodniejsze, przesunięte ku czerwieni, przesunięte ku bieli), ponieważ jednak rury były tak ze sobą splątane i kończyły się raptownie, niewidocznymi przegrodami przechodząc w inne - oko się gubiło, spojrzenie wpadało w Moebiusowskie pętle, kolor przesłaniał kolor, i tkwiłem tak, pochylony, z ramionami niedźwiedzio spuszczonymi wzdłuż bioder, i spadałem coraz głębiej w otępiający błogostan, aż pewnie zasnąłbym tam na stojąco, gdyby nie odezwała się od wejścia:

- Organy Światła.

- Cco...? - szarpnąłem głową, wyrywając się z tego półsnu.

- Wuj tak mówi: Organy Światła.

Mrugałem, próbując dojrzeć ją w cieniu.

- Gdzie on jest?

- W ogrodzie. O co chodziło z tymi lustrami?

- Widziałaś, co działo się w nocy? Gdzie ja właściwie jestem? Pożyczylibyście konia, co?

- Chodź.

Wyszliśmy z podziemi. Na stalowych schodach stukały ostro obcasy jej butów z wysokimi cholewami; postępując tuż za nią, czułem ostrą woń potu, końskiego i zapewne jej własnego. Rude włosy splecione miała w krótki warkocz. Przedstawiła się: Sjanna Ratche. Ten starzec w szlafroku, do którego należy dom, to jej wuj, Bartłomiej.

- Jak mnie tam znalazłaś?

Byliśmy już na piętrze. Zaśmiała się, wskazując na podłogę.

- No tak. - Nagle stałem się aż nadto świadom mej nagości pod kamuflażem z suchego błota, które na dodatek kruszyło się przy każdym ruchu. 

- Tutaj - wskazała, zatrzymawszy się przed drzwiami w bocznym korytarzu.

Łazienka. Napuszczając wodę do wanny (w rurach coś wyło i piszczało, złocona armatura co chwila wpadała w rezonans), przeszukiwałem szafki, w końcu znajdując wypłowiały, brunatny szlafrok. Bartłomieja, bez dwóch zdań.

Zanurzyłem się w ukrop. Woda momentalnie pociemniała. Odchyliłem głowę. Wzory pęknięć nasufitowego tynku układały mi się w wyobraźni w szkice anatomiczne - psa, ptaka, konia, człowieka... Co się z nimi stało w nocy? Przeżyli; na pewno zdołali umknąć. Ale dokąd udali się potem? Do domu? Czy też zawrócili na Targ? Ostatecznie i tak wrócą do domu, na farmę, więc tam skierować się najrozsądniej...

Nie było w co się wytrzeć, jeśli nie liczyć jakiejś dziurawej szmaty; jeszcze wilgotny, zawinąłem się w szlafrok. Wcześniej jednak po raz kolejny przyjrzałem się swemu ciału, już wolnemu od maski błota. Żadnych śladów, jedynie czysta skóra, stosownie elastyczna w dotyku i prawidłowo ten dotyk odbierająca. Obrazy z nocy były jednak nazbyt przerażające, bym tak łatwo wyzbył się strachu.

Łazienka posiadała niewielkie okno. Wychodziło ono na tyły dworu. To tu znajdował się ów ogród. W istocie było to kilkuhektarowe pole, rozparcelowane pod uprawę różnego rodzaju warzyw - niektóre mogłem rozpoznać nawet stąd: pomidory, kapustę. Od prawego skrzydła budynku otaczał pole sad. Tam, w cieniu drzew, pochwyciłem kątem oka ruch sylwetki ludzkiej. Bartłomiej? Być może jednak krył się w cieniu samego dworu, teraz, o poranku, bardzo głębokim - a pionowo w dół zajrzeć nie mogłem.

Nie było Sjanny na korytarzu - trudno się spodziewać, by czekała pod drzwiami łazienki. Zszedłem na parter. Gdzieś tu powinno się znajdować tylne wyjście. Bose stopy klaskały mokro na posadzce, to znów grzęzły w dywanie; szlafrok był zbyt duży: dopóki nie podwinąłem rękawów, połykały mi ręce bez reszty.

Najpierw znalazłem mój sztucer: stał oparty o ścianę w rogu holu. Hol tu zakręcał, by wyprowadzić, otwartymi na oścież dwuskrzydłowymi drzwiami, na wąskie, kamienne patio, skąd już tylko cztery stopnie - i czarna ziemia ogrodu pod stopami. Po kilkunastu krokach coś ukłuło mnie w piętę. Sycząc, podskakiwałem na jednej nodze. Tak zastał mnie Bartłomiej, wracający z sadu z koszem pełnym pomarańczy. Był w drelichowych spodniach i wielkim słomkowym kapeluszu. Zaśmiał się głośno na mój widok i dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, jak bardzo musi być stary - gdy skóra jego twarzy stworzyła w uśmiechu grawerunek gęstszy od linii papilarnych; gdy zadrgało indyczo pomarszczone wole pod brodą.

Zaprosił mnie do środka, ale potem zmienił zdanie i zjedliśmy śniadanie na patio, przy plastikowym stole, na plastikowych krzesłach. Głaskałem materiał grzbietem dłoni.

Nie pytał wprost, lecz i tak opowiedziałem mu o nocy i w jaki sposób do niego trafiłem.

- Jak widzisz, jestem tchórzem - skwitowałem, smarując chleb.

- Chyba rzeczywiście - mruknął, miast zaprzeczyć.

Dopiero wtedy się zarumieniłem.

- Pożyczycie mi konia? - zapytałem po chwili, nie podnosząc wzroku.

- Sam tu mieszkam. Mam tylko jednego starego wałacha - wskazał przy tym ruchem głowy prawe skrzydło, to w ruinie. - Kiedy byś przyprowadził go z powrotem?

- Dwa, trzy dni. Góra cztery; zależy jak bardzo stary.

- Może Sjanna pożyczy ci swojego, pogadaj z nią.

- Nie mieszka tutaj?

- Nie - pokręcił głową, uśmiechając się krzywo. - Rodzina ją przysłała, by sprawdzić, jak przetrzymałem noc.

- Wydaje się, że miałeś szczęście. W każdym razie budynek wygląda na nie uszkodzony.

Nadal kręcił głową.

- Sam mi opowiadałeś: oblazło cię całego, lecz u mnie byłeś już czysty.

- Widać w końcu zdrapałem.

- Przyjrzyj się ziemi po drodze. Łatwo dojrzysz pozostałości; po każdej Perwersji zostaje warstwa martwicy. Ale dopiero jakąś milę od dworu, nigdy bliżej.

Zmarszczyłem brwi. - Dlaczego?

Odchylił się na krześle, uniósł twarz ku błękitowi.

- Tak jak Przymierze, istnieją także różne prywatne umowy. Ta akurat jest jeszcze starsza od Przymierza.

Czy mówił prawdę? Same Perwersje stanowiły przecież złamanie Przymierza.

- A jednak Sjanna przyjechała sprawdzić, czy żyjesz.

Bartłomiej wzruszył ramionami i w odpowiedzi powtórzył moje myśli:

- Nie po raz pierwszy nie dotrzymaliby słowa.



Uploaded bySzuper Admin
Source of the quotationJacek Dukaj: Extensa

Extensa (Hungarian)

(részlet)

Bogár nyerítése, combom alatt remegő izmai, orromban az állat verejtékének csípős szaga – egyedül, a többiektől leszakadva vágtattam; a ló vitt, vagy ijedtemben, öntudatlanul én vágtam a sarkantyúmat az oldalába, nem tudnám megmondani. Mindenki félt – ez nyilvánvaló. Mielőtt szem elől tévesztettem őket az éjszakai zűrzavarban, az agyamba vésődtek – a belső fülön, a dobhártyán és az agyhártyán keresztül – hisztérikus, már-már hörgő kiáltásaik. Áthatoltak a viharos szél üvöltésén, az állatok vonításán, a levegő süvítésén; a saját lélegzetemen. A gyerekek, jellemző módon, csöndben maradtak. Daniel mennydörgős átkokat szórt. Apám érthetetlen dolgokat ordított, pattogtatta az ostorát, rángatta a gyeplőt; rémülten kiáltozva felelgetett neki a többi kocsis. Larysa viszont engem hívott, mindvégig hallottam a nevemet a sötétben. Aztán már csak Bogár nyerítése hallatszott. Az izmai remegése, amikor magam is reszketek a nyeregben – az éjszakából pedig közelít a következő Szörny.

Vajon véletlenül vágtattunk a horror szférájába, vagy ránk küldték őket? Azzal kezdődött, hogy furcsa, ezüstös csillogást kapott a fű, durván csikorogtak rajta a kerekek és a paták. Aztán a lélegzetvételnél éreztük; valaki köhögött, Daniel fölállt a nyeregben, és odaintett apámnak, aki az első kocsit hajtotta: – Vissza! Megfordulunk! – A karaván kis ívben fordulni kezdett. Ekkor vettük észre a madarat. Zuhanórepülésben tartott felénk, aztán hirtelen váltott, húszméternyire szállt a magasba, ott körözött pár pillanatig; tengeri madár volt, sirály vagy albatrosz. Megint zuhanórepülésbe kezdett, és öt lett belőle a levegőben – madár, madár, madár, madár és madár –, ebből világosan kiderült, hogy Átok alatt vagyunk. Daria a puskájáért nyúlt, gyorsan töltött, és tüzet nyitott rájuk. Mielőtt Daniel leállította volna, leszedett két albatroszt. Odaugrattam a legközelebbihez. Fáklya nélkül nem láttam jól. A murvára esett a madár. Ott vergődött hangtalanul, nem vérzett, nem hullottak a tollai. Akkora volt, mint az első, „eredeti” albatrosz, ezt valahogy abszurdnak találtam. – Ne nyúlj hozzá! – kiáltott rám valaki, mert önkéntelenül is mélyen lehajoltam a nyeregből. Fölnéztem, ki kiáltott, és amikor megint a madárra pillantottam… Hopp, az albatrosz már nem volt sehol, csak egy lyuk a földben, fekete tölcsér a murvás talajon, maró füst száll belőle. Visszarántottam Bogarat. Dudumm, dudumm, dudummmm – hármat dobbant a szívem, mielőtt mindenféle ocsmányság tört föl a lyukból. Valószínűleg állatok lehettek, csakhogy olyan gyorsan mozogtak, hogy szürreális képzeteim támadtak, ha bármilyen rokonságot kerestem e formák és Zöldvidék előttem ismert faunája között. Hangyaméretűek, kutyanagyságúak; lábas és lábatlan jószágok, fejjel és fej nélkül (vagy több fejjel); bundásak, bőrösek, nyálkásak, tollasak, színpompás hártyákban; némák és cserregők, fütyülők, süvöltők, éneklők, b e s z é l ő k („Én, én, én, én! Vi-vi-vi-vi-kóóóó!”); járnak, csúsznak-másznak, szökellnek, szállnak. És nincs köztük két egyforma. Egy lepkeszerű kis krokodil fölröppent, és beleharapott Bogár lábába. A ló élesen fölnyerített, és oldalt rúgott. Ekkor tört ki a pánik. – Tovább! – kiáltotta apám, és csapott egyet az ostorával. Nehézkesen fordultak a megrakott kocsik. Mögöttünk tömegével rajzottak ki a lények a sötétből, a föld alól. – Tovább! – kiáltott apám újra, és köhögni kezdett. Láttam, hogy Larysa az arca elé emeli kesztyűs kezét, elkap valamit a levegőben. Egymásra néztünk. – Vénasszonyok nyara – mondta halvány gyerekmosollyal. A kavarodásban elsodródtak egymás közeléből a lovaink, Szörnyeken tapostak, mint egy szőnyegen. Daniel teli torokból káromkodott. Odanéztem. Már mindenütt mozgott a föld; be voltunk kerítve. Fölerősödött a szél, egyre hevesebben csapkodta az arcunkat, tépte a bőrünket. Puhán a fejemre hullott valami; amikor levegőt vettem, a torkomra tapadt. Letöröltem magamról a csillogó fátylat. Bogár remegett alattam, a fejét kapkodta. Az egyik asszony sírva fakadt. A vállamra telepedett egy élőlény. Lövések dörrentek; a hang irányába fordultam – de ott már csak sötétség volt, elnyelte a sűrű homály a karaván két utolsó kocsiját, olyan volt az éjszaka, mint egy hatalmasra duzzadó kő. Talán ekkor vágtam a sarkamat Bogár oldalába. Egy gondolat járt a fejemben: a ló gyorsabb, mint a kocsi, a ló gyorsabb, mint az éjszaka.

Így vágtattam előre, vakon.

Nem tudtam, hogy vér folyik Bogár sebéből, nem tudtam, hogy elvérzik. Másképp cselekedtem volna, ha tudom? Valószínűleg nem; biztosan nem. Ugyanúgy hajszoltam volna. A halálos rémület fiziológiai állapot, többek között a száj ízéről lehet fölismerni – kicsit vasízű, kicsit kesernyés; menthetetlenül elzsibbad a szájpadlás, megdermed a nyelv. A test irányít.

Nem tudtam, hogy vérzik; amikor megfordult, biztos voltam abban, hogy egy különösen veszett Szörny ugrott ránk. Sikerült kiszabadítanom a lábam a kengyelből, leugrottam; nem törtem el a lábam, de nem tudtam, hol vagyok. Áthatolhatatlan volt a sötétség. A sáros talajon kötöttem ki, egy pillanatra még örültem is annak, hogy sár, nem pedig pandemonikus rajzás, ami azért ilyen borzalmas, mert teljesen láthatatlan ebben az egyiptomi sötétségben.

A félelemről már volt szó, most következzen a bátorság. Biztos voltam abban, hogy éppen Bogárból lakmározik valamelyik pokolfajzat, mégis odamentem az állathoz, markomban kést szorongatva lopakodtam arra a helyre, ahonnan a hörgés hallatszott szünet nélkül. Őszintén szólva inkább az a hisztérikus vágy hajtott, hogy fölfegyverezzem magam, még ha tisztán szimbolikusan is, a nyeregre erősített vadászpuskával. (Igaz, amit mondanak: a félelem hőstettekre sarkall.) Mégis színtiszta bátorság volt; tudom, pedig annak nincs íze.

Hogyan tovább? Levettem a kesztyűmet, és torkomban dobogó szívvel tapogattam ki a puskát; aztán megtaláltam Bogár fejét, és közvetlen közelről agyonlőttem. Engem még mindig nem harapott meg semmi – és éppen a rettegés ösztökélt egyre kockázatosabb tettekre. Elkezdtem alaposan átkutatni a tarisznyákat. Észrevettem, hogy teljesen elcsitult a szél; bambán körülnéztem, míg a kezem magától dolgozott, és több tucat sebesen pislogó szikrát vettem észre a sötétben: az éjszakai égbolt egy tiszta darabja volt. Ez lesz az iránytűm. Meggyújtok egy fáklyát. Legalább látom, mire lépek. Van fegyverem. Sikerülni fog. A többit messze magam mögött hagytam. Larysa biztos el tudott menekülni Tüzessel. (Apámon nem is gondolkodtam: nyilvánvaló volt számomra, hogy neki nem eshet baja.) Minden rendben lesz.

Meggyújtottam a fáklyát, fölálltam – és azt vettem észre, hogy a bal karomat egészen a vállamig beborította valami.

Ezüstös-kékes színe volt; nedvesen csillogott a fáklya vibráló fényében. Bevonta az ingem és a kabátom ujját, a kezemet, a körmeimet. A bőrömön nem éreztem semmit – de legalább kétujjnyi vastagságú lehetett a réteg. Mozdulatlanul bámultam, szinte katatón állapotba hozott az izgalom. A fejem fölött sistergett a láng. Távoli kakofónia visszhangja lüktetett az éjszakában. Mint a folyó hulláma, mint a kígyó nyelve, mint az árnyék alkonyatkor – úgy kúszott előre félénken. Elérte a nyakamat. Önkéntelenül is megborzongtam, és ez a libabőr végre kiszabadított a bűvöletből.

Lerángattam magamról a kabátot és az inget. Alatta nem látszott a bőrömön az ezüstös bevonat, csak néhány vékony csíkban. Vakarni kezdtem magamról a terjedő anyagot, először a nadrágomról dörzsöltem le, aztán átvettem a fáklyát a bal kezembe, és a késemmel kapargattam. Sokáig tartott; végül, amennyire tükör nélkül meg tudtam állapítani, megszabadultam a terjeszkedő rétegtől. Vörös volt a bőröm, láthatóan irritálta az anyag, a kés, vagy mindkettő.

Úgy döntöttem, ott hagyom a bemocskolt ruhámat. Fogtam a puskát, és útnak indultam.

Kétezer lépés után észrevettem, hogy a nadrágom mindkét szárán ott az ezüstös anyag.

 

El tudom képzelni, milyen hatást tettem rá. Egyébként később el is mondta.

Nem aludt, nem ébresztettem föl. Az emeletről hallotta meg, hogy dörömbölök az ajtón. Egyik lebernyege volt rajta, amikor ajtót nyitott; a lába körül kavarogtak a hosszú lepelszárnyak, minduntalan föl kellett emelnie őket, hogy el ne essen.

Ajtót nyitott, és mindjárt hátrált is egy lépést. Egy pucér őrült állt a küszöbön, nyakig sárosan; egyik kezében puska, a másikban maszatos kés, a szemében hisztéria. A sár alól kilátszottak a vágások vörös nyomai. Úgy hadonászott azzal a késsel, mintha a következő öncsonkításra készülne, és összeszorított fogán keresztül vette a levegőt.

– Kerülj beljebb! – mondta Bartłomiej mester, összefogta a lebernyegét, és a falhoz húzódott.

– Tükröt! – hörögtem. – Hol vannak a tükrök?

A zsebébe nyúlt, elővette a szemüvegét, föltette, és alaposan végigmért. Aztán nyitott tenyérrel a folyosó mélyére mutatott. A legközelebbi helyiség ajtaját céloztam meg.

– Isten hozott, kedves vendég – morogta Bartłomiej mester a hátam mögött, ahogy becsukta az ajtót.

Mondják, hogy az első benyomás a legfontosabb, de nem hiszem, hogy ez tényleg így lenne.

Én például, amikor először pillantottam meg a házát (Bartłomiej „udvarháznak” nevezte), arra gondoltam: még egy romhalmaz. Igaz, csak árnyakat, a tárgyak körvonalait láttam a csillagos háttér előtt. Nem is nézelődtem sokáig – elég volt, hogy megcsillan a fény az egyik ablakon. Fény! Emberek! Segítség! Egyetlen képzet uralta a gondolataimat: most  emésztenek el. Úgy megragadta a képzeletemet ez a kép, hogy egy-egy pillanatra elfedte előlem a külső világot, elhallgattatta az ingereket.

– …Mit mondtál?

– Fürödj meg. Mondom: fürödj meg. Vagy legalább mosd le magadról valamennyire. Széthordod itt nekem ezt a mocskot az összes szőnyegen. Nincs nagyobb tükröm! Ülj már le! De inkább fürödj meg, ott a fürdőszoba.

– Mondtál valamit?

Ilyen jelenet lehetett – amíg ki nem szállt belőlem minden erő. Akkor elaludtam egy fotelban a szalonban.

Bartłomiej udvarházának földszintjén a szalon volt az egyetlen helyiség, amely méltó volt erre a névre, mindazok között, amelyeket nem a régi könyvek lapjain láthattam. Régiség volt körülöttem minden, azt a fotelt is beleértve, amelybe kimozdíthatatlanul belesüppedtem egész éjszakára. Háttal állt az ablaknak, és amikor magamhoz tértem, a tiltott idők múzeumát pillantottam meg, ahogy a hajnali fény ferde sugaraiban fürdőzik. Meg tudtam számolni, hány sugárra bontják a fényt az ablakkeretek, a függönyök, a bútorok. A sarokban még egy nagy, fekete televízió is állt, amely a képcső homályos szemével meredt a napvilágra; természetesen nem működött. Valahol az épületben hangosan ketyegett egy óra. Egyébként teljes csönd uralkodott. Sziszegve kászálódtam föl a fotelból, nyilván a bőrömet is lenyúztam a sárral együtt – de ez kevés volt, a csönd légmentesen töltötte ki az egész udvarházat, a legkisebb nesz sem válaszolt. Bartłomiej – alszik vajon? elment valahova? Egyedül voltam.

Elindultam, hogy körülnézzek a múzeumban. Olyan tárgyakat láttam, amelyekből a mi házunkban is akadt néhány, csakhogy itt több volt belőlük, jobb állapotban maradtak, és eredetiek voltak – például egy zongora, a szalonok gerincferdüléses, feketén csillogó, sokfogú, széthúzott pofájú cápája. Végighúztam a kezemet a billentyűkön, lepergett róla némi összeszáradt sár – de nem hagyott nyomot ebben a meleg, gyapjúszerű csöndben az akkord, amely fölhangzott, mielőtt elkaptam volna a kezem. Voltak itt olyan tárgyak, amelyekről csak olvastam vagy hallottam az öregebbektől – a lépcső mellett, az emeleten állt egy áttetsző oltimeon, amely balról jobbra a szivárvány minden színét fölvonultatta, az emberi test érintését váró formája magába fogadta a megszűrt fény teljes spektrumát. Nem mertem hozzáérni, hirtelen túlságosan is tudatosult bennem, milyen piszkos a bőröm: a zongora cápa volt, nem angyal. És voltak olyan tárgyak is, amelyeknek nem ismertem sem a nevét, sem a rendeltetését, talán azért, mert nem használati eszközök voltak, hanem például műtárgyak, amelyeknek nincs semmiféle rejtett funkciójuk; bár az egyik nem zárja ki a másikat. (Nagy segítség a szótár: lásd az „ergonómia” címszót.) Az egyik szobában – az emeleten, a bal szárnyban – nem volt sem  puha, sem durva szőnyeg a padlón, csak valami hamuszínű, ruganyos massza. Ez az anyag fedte a falakat és a mennyezetet is; itt nem voltak ablakok, csak egy másik ajtó. Alig léptem be, a lábam majdnem bokáig süppedt, a szoba pedig megelevendett. Hajlékony indák bújtak elő a szürke masszából, felfelé és lefelé növekedő cseppkövek nőttek, a csúcsaikban kis gumós buborékok duzzadtak… Késlekedés nélkül kihátráltam.

Következett a jobb szárny. Homályosan emlékeztem éjszakáról, hogy itt igazi romok kezdődnek. De először egy fémlépcsőhöz értem egy szűk lépcsőházban, ahonnan lefelé és fölfelé is mehettem. Úgy rémlett, suttogást hallok lentről – Bartłomiej beszélget valakivel? Ezért lefelé indultam. De nem beszélgetett senki, egyetlen élő lelket sem találtam ezekben az üregekben.

Üregek – a földszintre kerültem, vagy már a talajszint alatt vagyok? Pincehideg volt – és szinte teljes sötétség vett volna körül, ha nem pislákol sárga fény az alsóbb régiókból, a kanyarból, ahol hirtelen magas lett a mennyezet, oldalt falak álltak, a helyiség pedig barlang volt, félköríves hajó, amelyet részben rengeteg régi tégla, részben kőtörmelék határolt gyűrű alakban. Ó, nemcsak kőtörmelék hevert ott két-három méter magasra föltornyozva, láttam mindenféle készülékek darabjait is, elektronikus berendezések maradványait (fölismertem egy klaviatúrát, egy nagy hangszóró szerkezetét, egy rádiót), még könyvek is – de tulajdonképpen inkább az ellenkező irányba néztem, a fényt figyeltem.

Újabb megmagyarázhatatlan műalkotás? Ezen gondolkodtam, amikor a fénykörébe értem. Lágy hullámmal ölelt körül, szinte valami könnyű melegséget éreztem a koszpáncél alatt. Ott álltam a lassú fénysugaraktól megvilágítva, és a fali szerkezetet bámultam, egy folyékony fénnyel töltött üvegcsövekből összeszerelt gobelint. A színe mint a friss méz, de más és más árnyalatban játszott minden henger (világosabb, sötétebb, élesebb, szelídebb, vörösbe hajló, fehéredő), mert a csövek viszont úgy kapcsolódtak egymásba, vagy úgy értek véget hirtelen, láthatatlan lezárásokkal, úgy ment át egyik a másikba – hogy eltévedt a szem, Möbius-szalagba keveredett a tekintet, egyik szín elfedte a másikat, és úgy álltam görnyedten, mint egy medve, a csípőm mellé lógatott karokkal, és merültem egyre mélyebbre ebbe a zsongító, boldog révületbe, hogy minden bizonnyal elaludtam volna állva, ha nem szól hozzám egy női hang a bejárat felől:

– A Fényharmónium.

– Mmmicsoda…? – mondtam fölkapva a fejemet, félálomból riadva.

– A bácsikám így nevezi: Fényharmónium.

Hunyorogtam, próbáltam kivenni a lány alakját a sötétben.

– Hol van a bácsikád?

– A kertben. Mit akartál azokkal a tükrökkel?

– Láttad, mi történt éjszaka? Hol vagyok tulajdonképpen? Kölcsönadnátok egy lovat?

– Gyere.

Fölmentünk a föld alatti helyiségből. Keményen kopogott a csizmasarka az acéllépcsőkön; szorosan a nyomában lépkedve éreztem csípős izzadságszagát, amely a ló verítékével keveredett. Rövid varkocsban fogta össze vörös haját. Bemutatkozott: Sjanna Ratche. A lebernyeges öregember, a háztulajdonos a bácsikája, Bartłomiej.

– Hogy találtál meg ott lenn?

Már az emeleten voltunk. Elnevette magát, és a padlóra mutatott.

– Hát így. – Egyszerre nagyon is tisztában voltam azzal, hogy a rám száradt sár alatt pucér vagyok, ráadásul minden mozdulatomra pergett rólam a sárréteg.

– Itt van – mondta, amikor megálltunk az oldalfolyosón egy ajtó előtt.

Fürdőszoba. Vizet engedtem a kádba (valami zúgott és sípolt a csövekben, minduntalan berezonált az aranyozott csap), átkutattam a szekrénykéket, végül találtam egy kifakult, barna köntöst. Bartłomiej lebernyege, semmi kétség.

Elmerültem a forró vízben. Egy pillanat alatt elsötétült a víz. Hátrahajtottam a fejem. A mennyezet vakolatán futó repedések anatómiai rajzokká álltak össze a képzeletemben – kutya, madár, ló, ember… Mi lett velük az éjszaka? Túlélték; minden bizonnyal sikerült elmenekülniük. De hova mentek utána? Haza? Vagy vissza a Vásárba? Végül mindenképpen hazamennek a tanyára, tehát az a legokosabb, ha hazaindulnak…

Nem tudtam miben megtörölközni, ha nem számítunk egy kilyuggatott rongyot; még vizesen burkolóztam a köntösbe. De előtte még egyszer megvizsgáltam a testemet, most már a sármaszk nélkül. Semmi nyom, csak a tiszta bőr, érintésre kellőképpen rugalmas, és megfelelően érzékeli az érintést. Mégis túlságosan rémisztőek voltak az éjszakai képek ahhoz, hogy ilyen könnyen szabaduljak a félelemtől.

A fürdőszobának volt egy kis ablaka. Az udvarház hátsó traktusára nyílt, itt terült el a kert. Tulajdonképpen többhektárnyi terület volt, a különféle zöldségek termesztéséhez parcellákra osztva – némelyiket még innen is fölismertem: paradicsom, káposzta. Az épület jobb szárnyánál gyümölcsös határolta a kertet. Ott, a fák árnyékában kaptam el a szemem sarkából egy mozgó emberi alakot. Bartłomiej? Talán mégis az udvarház árnyékában bújt el, amely most, kora reggel, elég sötét volt – de nem láttam, amikor egyenesen lefelé néztem.

Sjanna nem volt a folyosón – aligha remélhettem, hogy megvár a fürdőszoba ajtaja előtt. Lementem a földszintre. Valahol itt kell lennie a hátsó kijáratnak. Mezítláb voltam, nedvesen csattogott a talpam a padlón, majd ismét szőnyegbe süppedt; nagy volt rám a köntös: ha nem tűröm föl az ujját, teljesen elnyeli a karom.

Először a puskámat találtam meg: a falnak támasztva állt az előcsarnok sarkában. Az előcsarnok itt elkanyarodott, és a sarkig tárt, kétszárnyú kapun keresztül egy szűk, kikövezett patióra vezetett, innen már csak négy lépcsőfok – és a kert fekete földje van a lábam alatt. Tíz-húsz lépést tettem, amikor valami belefúródott a talpamba. Sziszegve ugráltam fél lábon. Így talált rám Bartłomiej, éppen egy kosár naranccsal érkezett a gyümölcsösből. Zsávolynadrág és hatalmas szalmakalap volt rajta. Harsányan elnevette magát, amikor meglátott, és csak ekkor vettem észre, milyen rettentően öreg – mert amikor nevetett, sűrűbbek lettek a barázdák a bőrén, mint az ujjlenyomaton; az álla alatt pedig olyan ráncosan rezgett a bőr, mint a pulyka nyakán.

A házba invitált, aztán meggondolta magát, és a patióban reggeliztünk egy műanyag asztalnál, műanyag székeken. A kezem fejével simogattam az anyagot.

Nem kérdezett rá egyenesen, mégis elmeséltem, mi történt az éjszaka, és hogy kerültem hozzá.

– Amint látod, gyáva vagyok – összegeztem, miközben vajat kentem egy szelet kenyérre.

– Tényleg az lehetsz – morogta ahelyett, hogy tiltakozott volna.

Csak ekkor vörösödtem el.

– Kölcsönadtok egy lovat? – kérdeztem egy pillanat múlva anélkül, hogy fölemeltem volna a pillantásomat.

– Egyedül lakom a házban. Csak egy öreg heréltem van – mondta, és a jobb oldali, romos szárny felé intett a fejével. – Mikor hoznád vissza?

– Két-három nap múlva. Legföljebb négy; attól függ, milyen öreg.

– Talán Sjanna kölcsönadja a sajátját, beszéld meg vele.

– Nem lakik itt?

– Nem – felelte a fejét rázva, és enyhe mosolyra húzta a száját. – A családja küldte, hogy megnézze, átvészeltem-e az éjszakát.

– Valószínűleg szerencséd volt. Mindenesetre úgy látom, nem esett kár a házban.

Még mindig a fejét csóválta.

– Magad mondtad: beborította az egész testedet, de itt, nálam már tiszta voltál.

– Nyilván sikerült levakarni.

– Nézd meg a földet útközben. Könnyen észreveszed, mit hagytak maguk után; minden Perverzió után egy rétegben kihal a növényzet. De csak egy mérföldre az udvarháztól, közelebb sosem.

Összeráncoltam a szemöldököm. – Miért?

Hátradőlt a széken, a kék égbolt felé fordította a fejét.

– Vannak különböző privát megállapodások, olyanok, mint a Szerződés. Ez még régebbi is, mint a Szerződés.

Igazat mondott vajon? Hiszen a Perverziók is megszegték a Szerződést.

– Sjanna mégis eljött, hogy megnézze, élsz-e.

Bartłomiej vállat vont, és ugyanazt válaszolta, amit én gondoltam:

– Nem először fordulna elő, hogy nem tartják be a szavukat.



Uploaded bySzuper Admin
PublisherTypotex Kiadó
Source of the quotationJacek Dukaj: Extensa

minimap