This website is using cookies

We use cookies to ensure that we give you the best experience on our website. If you continue without changing your settings, we'll assume that you are happy to receive all cookies on this website. 

Varga, Krzysztof: Bildungsroman (Bildungsroman in Hungarian)

Portre of Varga, Krzysztof

Back to the translator

Bildungsroman (Polish)

Dworzec Keleti o siódmej rano wygląda jak Europa po deszczu. Stalowość, żeliwność, smarowość, jękliwość w każdym calu. Wiek metalu i pary, wiek kolei żelaznych, gwizdów, świstów i skrzypów, czasy podróży, ale przede wszystkim czasy odjazdów i przyjazdów pociągów, bo nie liczą się setki kilometrów pokonywanych w zupełnych ciemnościach lub na tle zaokiennych landszaftów, ale moment, gdy skład powoli zaczyna ruszać, trochę szarpie, zanim złapie swój rytm i ta chwila, gdy wytracając szybkość, wtacza się na peron. I choć nie czekają na nas orkiestry dęte, a jedynie bufety z szybkim jedzeniem, to właśnie przyjazd, moment, gdy można wstać i powoli, bo to stacja końcowa i teraz nie ma juk żadnego pośpiechu, ściągnąć bagaż z półki. Reszta jest czasem snu, lektury, konsumpcji, wsłuchiwania się w muzykę z walkmana, w którą wlewa się stukot kół, wcale nie miarowy, tylko synkopowany, czasami zanikający, to znów gwałtownie nawracający. Godzina w wagonie restauracyjnym, druga godzina w korytarzu przeznaczona na obowiązkową kontemplację krajobrazu, autohipnoza za pomocą zasadzonych przy torach słupów wysokiego napięcia. Pozostałe godziny na siedzenie w przedziale i przypominanie sobie kryminałów o zbrodniach w pociągach, dreszcz podniety w trakcie gwałtownego wjazdu w tunel. Czasami niechętnie spełniana rola konfesjonału dla narzuconego przez komputerowy system rezerwacji miejsc współpodróżnego. Godziny nocne, ssanie we wnętrznościach, głód, niesmak w ustach. I potem Keleti.
Orzeźwiający chłód roznoszący się na niedużej wysokości od świeżo podlanego chodnika, nieprzyjemny skrzyp wózków bagażowych, pisk kół, który wbija się głęboko i nieodwołalnie w delikatną, cienką jak rybie skrzela skroń. Pojedyncze, chrapliwe okrzyki, plemienne zawołania. Bufety z gorącą kawą, słodkimi bułkami, zimnymi kotletami panierowanymi zwanymi „paryskimi” i traubisodą. Kanapki z szynką, czekoladki, batoniki. Dwóch grubych policjantów z groźnie nastroszonymi wąsami i niechlujnie opuszczonymi pasami, przy których groteskowo dyndają pałki, kajdanki, raportówki, toczy się ociężale wzdłuż peronu. Ich rutyna, ich znudzenie, ich cholesterol – wszystko to razem składa się na dwadzieścia procent, bo pozostałe osiemdziesiąt to przecież woda. Patrol żandarmerii wojskowej nadgorliwie rozglądający się za nieprzytomnymi z niewyspania żołnierzami, którzy właśnie zastanawiają się, dokąd uciec – czy w Góry Bukowe i tam założyć małą, smutną partyzantkę, czy skryć się przed wrogim ostrzałem w bistro i wypić spokojnie dla porannego wzmocnienia organizmu szklaneczkę czereśniówki uzupełnioną małą buteleczką mineralnej.
Keleti o siódmej rano wygląda jak obrazy Paula Delvaux, malarza żelaznych, ciężkich, dyszących z niespełnialnego pożądania lokomotyw i nagich kobiet, posągowych, a jednak zwiewnych, o gładkich twarzach, podobnych do neurastenicznych studentek wydziałów filologicznych i filozoficznych. Wśród obejmujących się czule i delikatnie młodych kobiet spacerują rachityczni, przygarbieni, zaślinieni starcy w długich płaszczach, z rękoma schowanymi na plecach, patrzący z ledwo skrywaną zawiścią, zmieszaną w idealnych proporcjach z pożądaniem, na ciała, które jeszcze nie zaczęły poddawać się doskonałemu procesowi starzenia, zasuszania lub gnicia. To wzorowi urzędnicy i pisarze, schorowani intelektualiści, sumienia narodów, wewnętrzni emigranci, uciekinierzy z utopii, podróżnicy do antyutopii, pielgrzymi do źródeł utraconego czasu, poszukiwacze zaginionych ark, uparci tropiciele zanikających śladów, samotni myśliwi, łowcy androidów, ścigający asteroidy, kierowcy pojazdów na zagubionych mgławicach, psychopatyczni autostopowicze, konstruktorzy przemyślnych pułapek, jasnowidzący i ociemniali na tle nerwowym, stojący po drugiej stronie lustra, jubilerzy z precyzją szlifujący wspomnienia, hodowcy mięsożernych roślin, producenci pudełek z demonami, malarze opętani wizjami ognia piekielnego, wędrowni kuglarze, treserzy wściekłych zwierząt, pomywacze trupów, autodestrukcyjni lekarze, wynalazcy nowych narkotyków, teoretycy podróży w inne wymiary, artyści z przewlekłymi chorobami, samotni mściciele podlewający w sobie śmierć jak delikatną roślinę, kartografowie kreślący mapy nieistniejących państw i kontynentów, zoologowie wymyślający potworne zwierzęta na potrzeby trzeciorzędnej literatury i filmu i wy wszyscy, drodzy pasażerowie dziwnych pociągów, którzy tu przybywacie z jakichś powodów, może nie do końca jasnych i zrozumiałych, ale często dość ciekawych, którzy tu przyjeżdżacie z przyzwyczajenia, bo tak musi być, bo dlaczego nie, bo przecież trzeba jakoś tu przyjechać, choć ja sam od lat przyjeżdżam tu samochodem, pokonując wciąż tę samą trasę i w tym samym miejscu na pięćset dwudziestym szóstym kilometrze gubiąc trasę, nakładając drogi, po półgodzinie błądzenia wracając na drogę właściwą, widząc uciekającego w las elfa, który zmienił mi drogowskaz, albo grupę zblazowanych robotników, posypujących szosę popiołem z papierosów, znudzonych tym, że remontują ten krótki odcinek od przynajmniej pięciu lat i wcale nie widać postępów, prócz zatrważających postępów, jakie czynią w nich choroby. Tu jesteście, gwiezdni podróżnicy, ożywione kukły z gabinetów osobliwości, mechaniczni szachiści, cesarskie cudowne bronie, golemy, frankensteiny, ludzie z błota, zmęczenia i betonu, sprytnie skonstruowane skrytki, w których ukrywają się kierujące wami karły. Tu jesteście, schowani w budkach z kanapkami, przebrani w stroje kolejarzy, mechaników, policjantów, żołnierzy, ukryci w podróżnych garsonkach eleganckich kobiet, garniturach mężczyzn, na których gładko wygolonych twarzach widać objawy zdenerwowania i niewyspanie. A gdzie są szkielety Paula Delvaux? A nagie kobiety? Mamy tutaj wiek żelaza i nagich kobiet w dziewiętnastowiecznych poczekalniach. Może właśnie jest wiosna i piątek albo niedziela, gdy doskonały spokój gipsowych posągów usypia czujność.
No tak, dawniej wysiadałem o siódmej rano z pociągu „Batory” niczym z pociągu pancernego, z wielkim czerwonym plecakiem na stelażu, dostojnie schodziłem po dwóch stopniach na mokry asfalt, z bolącymi od trzynastogodzinnego siedzenia pośladkami i bolącym całym kręgosłupem, począwszy od kości ogonowej po kręgi szyjne, w których znów zaczynało coś chrupać, ze zdrętwiałymi nogami, rękami, głowami. Moje głowy, mnożące się, ciężko, betonowo chwiejące się, złowieszczo dyndające, ścinane i odrastające po trzykroć, ziejące ogniem, strzykające jadem. Moje siedem głów, siedem narodzin i siedem śmierci moich. Wysiadałem jak król Batory pod Pskowem, dostojnie, z wypiętym brzuchem, przede mną na kolana padały dzikie narody, wyciągały się ogromne bochny chlebów w żylastych rękach. Miasto leżało znokautowane u mych obutych w czarne trampki stóp. Zostawiałem za sobą pusty zaduch przedziału, gęsty jak budyń dym z papierosów na wąskim korytarzu, kilka odkrytych przez pedantycznych celników skrytek, wstyd zgwałconej przez pijanych górników Cyganki, którą wciągnęli do przedziału tuż przed Komárom i posiedli po kolei, począwszy od tych, którzy siedzieli przy drzwiach, a skończywszy na tych przy oknie. Wszystkie miejsca w przedziale drugiej klasy były zajęte, więc było ich ośmiu.
Mój szkielet, Paulu Delvaux, mój szkielet jest chrupki jak prażona kukurydza, jak chipsy, chrupki jak lekkie wafle z dmuchanym ryżem. Można go reklamować w telewizji i radio, na wielkich planszach ustawionych przy ruchliwych wyjazdach z miasta – mój szkielet z bekonem, z papryką, mój szkielet na słono lub ostro, mój szkielet, Paulu Delvaux, znakomity do piwa, przydatny na wycieczce rowerowej, pod namiotem, jako wspaniała przekąska na pikniku za miastem. Za pomocą mojego szkieletu można też sobie skrócić przykry czas oczekiwania na odjazd pociągu. Proszę tylko nie wycierać zatłuszczonych rąk o tapicerkę siedzeń w przedziale. Proszę torebkę zgnieść i wyrzucić do śmieci, a nie wciskać pod fotel. Proszę nie rzucać się moim szkieletem ani nim nie pluć. Jeżeli dopadnie pragnienie, proszę go popić. Szkielet będzie zachwycony, jeśli popijecie go traubisodą. Mój szkielet, Paulu Delvaux, jest rodzaju męskiego i bardzo tęskni za traubisodą, która jest rodzaju żeńskiego. Tak dawno nie piłem traubisody. Ona jest dla mnie jak twoje nagie kobiety, Paulu Delvaux, tak daleka, tak bliska.
Keleti o siódmej rano jest ostatnim kręgiem piekielnym, szczególnie o tej albo zupełnie innej porze roku i po trzynastu godzinach podróży przez ciemności, które pokryły Ziemię, przez wilgoć, wiatr i złe, trujące wyziewy. Keleti o siódmej wybucha drążącym w głąb czaszki bólem oczu, zgrzytem wózków bagażowych, ostro-mdlącym napastliwym zapachem z bufetu, krótkim, nagle urwanym okrzykiem, dźwiękiem młotka na długim drążku uderzającego gdzieś w delikatne niczym Bałkany podbrzusze wagonu, piskiem hamulców, sapnięciem, hasłem powitania, przelotnym refrenem piosenki, stuknięciem podkutych butów, dźwiękiem szorowanych schodów, zapachem podkładów kolejowych.
Keleti to jądro. Rozchodzą się z niego promienie torów tramwajowych, podskórne ciągi torów metra, linie tras taksówek, pielgrzymie szlaki do stóp świętego Stefana i magicznych pogańskich bohaterów, wędrówki po cudowną, cudotwórczą wodę, do antycznych ruin, podróże po drewniane bukłaki obszyte futrami wymarłych zwierząt, długie, strzelające i świszczące pejcze z Puszty, które równie dobrze mogłyby służyć w salonach sado-masochistycznych, kulinarne ekspedycje po tłuste, ostre, niezdrowe potrawy, wycieczki po schorzenia układu krążenia i trawiennego.
Keleti to jedno z ostatnich miejsc, gdzie jest jeszcze cesarsko-królewsko, gdzie w ścianach, głęboko zakonspirowane, ukrywają się bakterie XIX-wiecznych chorób, gdzie leży granica, której przekraczać nie wolno, i kończą się tory, pad szklano-żelazną kopułą, więc pociągi starają się nie wypadać na ulicę, tak jak kiedyś na Gare Montparnasse, co uchwyciło i unieśmiertelniło niedoskonałe jeszcze przecież oko aparatu fotograficznego, bo był to schyłek XIX wieku i technika nie poczyniła jeszcze takich straszliwych zniszczeń w zbiorowej wyobraźni. Zresztą stąd kiedyś też wypadł pociąg. A może to było na Nyugati?
Na Keleti o siódmej zaczyna się świat. Pierwsze kawy, papierosy, pierwsze obrzędy. Zaczynają się gry i przejścia. 


Bildungsroman (Hungarian)

A Keleti pályaudvar reggel hétkor úgy néz ki, mint Európa eső után. Minden ízében acélos, vasas, gépzsíros és panaszos. Ez a fém és a gőz, a sínpár, a fütty, a sípszó és a csikorgás, a menetidő, s mindenekelőtt az indulási és az érkezési idő kora, mert hát mit számít a vaksötétben vagy az ablakból nyíló tájon merengve megtett több száz kilométer, csakis az a pillanat érdekes, amikor lassan megmozdul a szerelvény, kicsit még rángat, mielőtt fölveszi a ritmust, és amikor lendületét vesztve begördül a peronra. S bár nem várnak ránk fúvószenekarok, csak gyorsbüfék, így is az érkezés pillanata a legizgalmasabb, mert most már föltápászkodhat az ember, és lassan – minden sietség nélkül, hisz a végállomáson vagyunk – leveheti a táskáját a csomagtartóról. A többi idő alvással, olvasással, fogyasztással telik, szól a zene a walkmanből, beleolvad a kerekek korántsem egyenletes, hanem szinkópákra töredező, hol eltűnő, hol hirtelen visszatérő, zakatoló ritmusába. Egy óra az étkezőkocsiban, még egy óra a folyosón, amikor csakis a tájat figyeljük, esetleg autohipnózist is végezhetünk a magasfeszültségű vezetéket tartó oszlopok bámulva. Aztán órák hosszat üldögélünk a fülkében, emlékezetünkbe idézve a vonaton elkövetett gyilkosságokról szóló krimiket, megborzongunk izgalmunkban, amikor egyszer csak beérünk az alagútba. Néha azt a megpróbáltatást méri ránk a számítógépes helyfoglalási rendszer, hogy útitársunk lelki szemetesládája legyünk. Éjszakai órák, korgó gyomor, rossz szájíz. Aztán a Keleti.
Frissítő hűvösség árad szét közvetlenül az imént föllocsolt járda fölött, fülsértően nyikorognak a csomagokkal megrakott kocsik, a kerekek csikorgása mélyen behatol az ember halántéka mögé, mert olyan finom és vékony, mint a kopoltyú, és már nem is távozik onnan. Rekedtes hangon rikkant valaki, ezt törzsi csatakiáltások követik. A büfék meleg kávét, brióst, hideg párizsi szeletet és Traubisodát kínálnak. Sonkás szendvics, csokoládé, nápolyi. Két kövér rendőr harciasra pödörte a bajszát, de a nadrágszíjuk slamposan lecsúszott, röhejesen himbálózik rajta a gumibot, a bilincs, a térképtáska; lomhán vonszolják magukat a peronon. A rutin, az unalom és a koleszterin – mindez együttvéve lehet vagy húsz százalék, hiszen a többi nyolcvan, az víz. A katonai rendészet járőrei túlzott buzgalommal lesik a bakákat, akik nincsenek maguknál a kialvatlanságtól, azon törik a fejüket, hová meneküljenek – a Bükkbe, búbánatos kis partizáncsoportot szervezni, vagy a bisztróban keressenek fedezéket az ellenség tűzereje ellen, és hajtsanak fel nyugodtan egy kupica cseresznyét némi kísérővel, reggeli szíverősítőként.
A Keleti reggel hétkor úgy néz ki, mint Paul Delvaux képei, aki beteljesületlen vágyaktól fújtató mozdonyokat, roppant vastömegeket és idegbajos bölcsészlányokra hasonlító, szoborszerű, mégis hajlékony, szép arcú meztelen nőket festett. A fiatal nők gyengéden, finoman átölelik egymást, miközben csenevész, púpos, nyálcsorgató vénemberek sétálgatnak köztük hosszú kabátban, hátra tett kézzel, a mohó vággyal eszményi arányban keveredő, alig leplezett irigységgel bámulják a testeket, amelyek még nincsenek kitéve az öregedés, a kiszáradás vagy a rothadás tökéletes folyamatának. Példás hivatalnokok és írók, beteges értelmiségiek, a nemzetek lelkiismeretei, belső emigránsok, az utópiából iszkoló szökevények, antiutópiákba készülődő utazók, az eltűnt idők forrásaihoz vándorló zarándokok, akik fáradhatatlanul keresik az elveszett frigyládát, az eltűnő nyomokat, magányos vadászok, szárnyas fejvadászok, akik aszteroidákat vesznek üldözőbe, űrhajókat vezetnek a semmibe vesző csillagködökbe, pszichopata autóstopposok, csapdákat kiagyaló elmés konstruktőrök, idegi alapon lehetnek látnokok vagy világtalanok, a tükör túlsó oldalán állnak, emlékeiket precízen csiszolgató ékszerészek, húsevő növényeket termesztenek, démonokat rejtő dobozkákat gyártanak, a pokol tüzét vizionáló, megszállott festők, vándor szemfényvesztők, vadállatok idomárjai, hullamosók, önpusztító orvosok, új narkotikumok feltalálói, a más dimenziókba vezető utazások teoretikusai, idült betegségekben szenvedő művészek, magányos bosszúállók, akik úgy ápolgatják magukban a halált, mint egy kényes kis növényt, nem létező országok és földrészek térképét rajzolgató kartográfusok, a harmadrangú irodalmi művekben és filmekben szereplő szörnyetegeket kitaláló zoológusok, és ti mindannyian, gyanús vonatokból kiszálló kedves utasok, talán nem teljesen világos és érthető, de rendszerint elég érdekes okokból érkeztetek, vagy csak a megszokás hozott ide benneteket, mert ennek így kellett lennie, miért is ne, hisz valahogy csak ide kellett jönnötök, bár én már évek óta autóval járok erre, mindig ugyanazon az útvonalon, és miután megtettem ötszázhuszonhat kilométert, mindig ugyanott tévedek el, kis kerülőt teszek, majd félórás tévelygés után valahogy visszatalálok az útra, és még látom az erdőbe iszkoló manót, aki kicserélte előttem az útjelző táblát, vagy az apatikus melósok csapatát, amint cigarettahamuval szórják tele az országutat, mert már unják, hogy legalább öt éve javítgatják ezt a rövid szakaszt, bár annak semmi jele, hogy haladnának is vele, csak az őket pusztító szörnyű betegség lesz egyre előrehaladottabb. Itt vagytok, csillagközi utazók, a rémségek tárházából szabadult, életre kelt bábuk, sakkozógépek, császári csodafegyverek, gólemek, Frankensteinek, sárból, fáradtságból és betonból gyúrt emberek, ravaszul kitalált szerkezetek, ahol megbújnak a titeket irányító törpék. Itt vagytok, bódéba rejtőzve szendvicset árultok, vasutasnak, szerelőnek, rendőrnek vagy katonának öltöztetek, elegáns hölgyek úti kosztümjeibe vagy a férfiak öltönyeibe bújtatok, akik simára borotvált arccal járnak, mégis látszik rajtuk, milyen idegesek és kialvatlanok. De hol vannak Paul Delvaux csontvázai? És a meztelen nők? Itt a vas és a meztelen nők korát éljük a XIX. századi várótermekben. Talán éppen tavasz van, és péntek vagy vasárnap, amikor elaltatja az éberséget a gipszszobrok tökéletes nyugalma.
Hát igen, régebben reggel hétkor szálltam le a Báthoriról, mint egy páncélvonatról, nagy, piros, csővázas hátizsákkal, méltóságteljesen vonultam le a két lépcsőfokon a nedves aszfaltra, a tizenhárom órás üléstől fájt az ülepem, a gerincem, a farkcsontomtól kezdve egészen a nyakcsigolyáimig, ahol megint ropogott valami, elzsibbadt a lábam, a kezem meg mind a hét fejem. Megsokasodott a fejem, nehezen mozdult, mint egy betontömb, vészjóslóan ingadozott, háromszor vágták le, de mindig újranőtt, tüzet okádott, mérget fröcskölt. Az én hét fejem, hét születésem és hét halálom. Leszálltam, mint Báthori király Pszkovnál, méltóságteljesen, kidüllesztett hassal, térdre hullottak előttem a vad népek, hatalmas vekni kenyereket nyújtottak felém eres kezek. Fekete tornacipőm előtt hevert a kiütött város. Magam mögött hagytam az üres fülke áporodott levegőjét, a keskeny folyosó cigarettafüstjét – olyan sűrű volt, mint a puding –, azt a pár rejtekhelyet, amelyet felfedeztek a pedáns vámosok, a cigánylány szégyenét, akit megerőszakoltak a részeg bányászok, még Komárom előtt rángatták be a fülkéjükbe, aztán egymás után mindegyik a magáévá tette, az ajtónál ülők kezdték, és az ablaknál ülők fejezték be. Mivel a másodosztályú fülkében minden hely foglalt volt, nyolcan lehettek.
Az én csontvázam, kedves Paul Delvaux, az én csontvázam ropogós, mint a pattogatott kukorica, mint a chips, olyan ropogós, mint egy tábla rizses csoki. Reklámozható tévében és rádióban, a városból kivezető forgalmas utak mellett kiragasztott óriásplakátokon – a csontvázam baconnel, paprikásan, a csontvázam sósan vagy pikánsan, az én csontvázamra, kedves Paul Delvaux, nagyon jól csúszik a sör, de biciklitúrán és sátorozáskor is jól jön, ha elhagyjuk a várost, és kinn a szabadban piknikezünk, nincs ennél jobb rágcsálnivaló. Ha kéznél van a csontvázam, csak úgy repül az idő, nem olyan nehéz kivárni, hogy elinduljon a vonat. Csak annyit kérek, ne töröljék a zsíros kezüket az üléshuzatba. Kérem, ne csúfítsák el a fülkét, gyűrjék össze a zacskót, és a szemetesbe dobják, ne az ülés alá. Kérem, ne dobálják és ne köpködjék a csontvázamat. Ha megszomjaznak, igyanak rá valamit. Nagyon fel lesz dobva a csontváz, ha Traubisodát isznak rá. Az én csontvázam, kedves Paul Delvaux, hímnemű, és Traubidosára áhítozik, az viszont nőnemű. Olyan rég nem ittam Traubisodát. Olyan az nekem, mint a te meztelen nőid, kedves Paul Delvaux, oly távoli, s oly közeli.
A Keleti reggel hétkor a pokol utolsó köre, különösen ebben vagy egy egész más évszakban, és tizenhárom óra utazás után, amikor mindvégig sötétség borította a Földet, és gonosz kipárolgások mérgezték a levegőt a nyirkos, szeles időben. A Keleti reggel hétkor szétrobban a koponyám legmélyéig hatoló fájdalomtól – majd’ kiugrik tőle a szemem –, a csomagokkal megrakott kocsik nyikorgásától, a büfé orrfacsaró, émelyítő bűzétől, a rövid, hirtelen félbeszakadt kiáltástól, a hosszú nyelű kalapács hangjától, amely a vagon lágy, a Balkánhoz hasonlóan puha alhasát kopogtatja, a fékcsikorgástól, a fújtatástól, az üdvözlő szavaktól, a dal rövidke refrénjétől, a vasalt cipők kopogásától, a tisztára sikált lépcsők hangjától, a vasúti talpfák szagától.
A Keleti a legbelsőbb mag. Innen futnak szét a villamossínek sugarai, a metrósínek bőr alatti fémszálai, a taxik útvonalai, a Szent István és a varázserejű pogány hősök lábához vezető zarándokutak, a csodás, csodatévő vízhez, antik romokhoz vezető vándorutak, innen induljon útnak, aki kihalt állatok prémjével borított, fából készült kulacsra vagy a pusztán készült hosszú, pattogó és süvítő karikás ostorra vágyik, amelynek a szadomazochista szalonokban is igen jó hasznát vennék, innen indulnak a zsíros, fűszeres, egészségtelen ételek beszerzését szolgáló kulináris expedíciók, a keringési és az emésztőrendszer megbetegedésével végződő kirándulások.
A Keleti az utolsó helyek egyike, ahol még császári és királyi a miliő, ahol a falakban, mélyen konspirálva, XIX. századi betegségek baktériumai rejtőznek, itt húzódik a határ, amelyet nem szabad átlépni, itt, az üvegből és vasból készült kupola alatt érnek véget a vágányok, ezért a vonatok óvakodnak attól, hogy kiessenek az utcára, mint egykor a Gare Montparnasse-ról, az esetet meg is örökítette a fényképezőgép akkor még korántsem tökéletes szeme, hisz mindez a XIX. század vége felé történt, amikor még nem végzett olyan szörnyűséges pusztítást a képzeletben a technika. Egyébként innen is kiesett egyszer egy vonat. Vagy az a Nyugatiban történt?
A Keletiben hétkor kezdődik a világ. Az első kávék, cigaretták, az első rituálék. Kezdődnek a játékok és a megpróbáltatások. 


Source of the quotationForrás 2005. május p.4–7.

minimap